Chicago, USA – krótki opis wrażeń i garść informacji praktycznych

 

W 2011 r. byłem na 2-tygodniowym wypadzie do USA. Był to głównie wypad do rodziny. Myślę jednak że ze względu na to, że podróż do USA, a zwłaszcza staranie się o amerykańską wizę, mają swoją specyfikę, podzielę się tutaj swoimi doświadczeniami, być może komuś się przydadzą. Opiszę też wrażenia z podróży do i po Stanach.

Chicago o zachodzie słońca

Chicago o zachodzie słońca

Staranie się o amerykańską wizę – z czym to się je

(Jeżeli masz już amerykańską wizę, lub wiesz jak przebiega proces starania się o nią, możesz spokojnie przejść do kolejnego rozdziału.)

Niestety na chwilę gdy to piszę, tj. początek 2013 roku, aby dostać się na teren USA z polskim paszportem, musimy posiadać amerykańską wizę. Niestety wiąże się to z utratą pieniędzy, czasu i nerwów, a pewności co do jej otrzymania nie ma żadnej. W przypadku wyjazdu do większości krajów staranie się o wizę to tylko formalność związana z wniesieniem większej lub mniejszej opłaty, w przypadku USA niestety „nie ma tak lekko”. Mi się udało ją otrzymać dopiero za drugim razem, a z tego co wiem to i tak nieźle. Ważne żeby pamiętać, że wiza daje jedynie możliwość, a nie prawo do wjazdu na teren USA.

Z doświadczenia wiem, że zawsze przy staraniu się o wizę pojawia się sporo niezorganizowanych i nieprzygotowanych ludzi, którzy na miejscu dowiadują się szczegółów przebiegu procedury i wymaganych dokumentów. Kończy się to gorączkowym kompletowaniem wszystkiego na miejscu. Więc pierwsza rada: radzę się wcześniej przygotować! – sprawdzić co jest potrzebne, skompletować dokumenty itp.

Dla celów turystycznych staramy się o wizę nieimigracyjną, sama część formalna jest nieźle opisana (po polsku) na stronach ambasady USA, ja dodam do tego nieco informacji nieformalnych.

Chicago

Chicago

Oto jak wygląda krok po kroku staranie się o wizę do USA na przykładzie konsulatu w Krakowie:

1. Formularz i opłata

Pierwszym krokiem jest wypełnienie formularza wizowego, w języku angielskim. Podajemy tam wszystkie swoje możliwe dane osobowe wraz z przysłowiowym numerem buta. Deklarujemy też czy jesteśmy potencjalnymi terrorystami czy nie, itp. ;) Opłatę (na dzień dzisiejszy ok. 500 PLN) najlepiej wnieść w banku/na poczcie, aby mieć standardowy druczek z potwierdzeniem wpłaty.

Mając wypełniony formularz i wniesioną opłatę możemy dzwonić do konsulatu.

2. Telefoniczne umówienie się w konsulacie

Przed telefonem do konsulatu musimy mieć przy sobie numer wypełnionego formularza wizowego i numer paszportu.

Aby jechać do konsulatu w sprawie decyzji wizowej, należy umówić się wcześniej telefonicznie. W 2011 dostępne były tylko numery telefonów o podwyższonej opłacie (tzw. 0700), niestety rozmowa musi chwilę potrwać więc koszt wyniósł mnie ponad 40 zł (dzwoniąc należy mieć przy sobie numer paszportu, w przeciwnym wypadku musimy dzwonić jeszcze raz – dodatkowe koszty).

Na daną godzinę nie jesteśmy niestety umawiani solo, zwykle trafimy tam z grupą kilkudziesięciu osób, kolejki są więc nieuniknione.

3. Jedziemy do konsulatu

Niestety musimy się osobiście udać do konsulatu. Poza wymienionym wcześniej wnioskiem wizowym, potwierdzeniem wpłaty i paszportem powinniśmy mieć ze sobą też fotografie do wizy. Jeżeli zapomnimy w pobliżu konsulatu jest mnóstwo fotografów, którzy za odpowiednio zawyżoną opłatą szybko trzasną nam odpowiednie fotki. Do konsulatu zabieramy też wszystkie dokumenty, które mogą nam potencjalnie pomóc w otrzymaniu pozytywnej decyzji, tj. zaproszenia do osób zamieszkujących w USA, potwierdzenia zatrudnienia w Polsce itp. Niczego nam to nie gwarantuje ale może poprawić szanse.

W konsulacie przechodzimy od punktu do punktu, na zewnątrz wydelegowana osoba zbierze od nas dokumenty, następnie grupami wchodzimy do środka. Pobierane są od nas odciski palców, a finalnie czeka nas rozmowa z konsulem za szybką, który to konsul decyduje czy wizę otrzymamy czy też nie. Nie wiem od czego to dokładnie zależy, ale pewnie m.in. od naszego statusu materialnego, itp. Pierwszy raz otrzymałem odmowę z informacją, że zamierzam wyjechać do USA do pracy a nie turystycznie. No cóż, nie mam niestety nic do gadania, wróciłem do domu z niczym. Za drugim razem się udało. Wizę dostałem, ważną przez rok, na max 3-miesięczny wjazd do USA, ale lepiej się trzymać zadeklarowanego w czasie rozmowy pobytu. Dodam, że moja mama w wieku emerytalnym wizę otrzymała łatwo, nie było podejrzenia wyjazdu do pracy, więc otrzymała ją też od razu z długim 10-letnim okresem ważności.

Jeżeli decyzja jest pomyślna, nasz paszport zostaje w konsulacie, zostanie dowieziony kurierem za kilka dni, razem z wbitą wizą.

Plus jest taki, że jeżeli raz otrzymamy wizę i nie przedłużymy pobytu w USA ponad deklarowany okres, a przede wszystkim poza czas ważności wizy, nie będziemy mieć raczej problemu z jej powtórnym otrzymaniem. Kolejne wizy wydawane są też z dłuższym okresem ważności.

Marilyn

Marilyn

Wjazd do USA

Tak jak większość Polaków, do USA trafiłem przez jedno z lotnisk, w moim przypadku w Chicago O’Hare. Chwilę to jednak trwało, samolot od wylądowania kołował jeszcze pół godziny (!) do rękawa. Lotnisko w Chicago jest spore. Niestety po wyjściu z samolotu jeszcze 3 godziny trwało zanim mnie wpuszczono na teren USA. Kolejki do kontroli paszportowej były długie, a sukcesywnie zamykano bramki, przez co przejście przez nie trwało wieczność. Niestety bramki to ostatni punkt, w którym teoretycznie możemy jeszcze być zawróceni, przypadki takie czasem mają miejsce. Wiza wizą, ale gdy coś się Amerykanom nie spodoba, nie mamy wiele do powiedzenia.

Do bramek trafiłem razem z grupą starszych Polaków, ni w ząb nie mówiących po angielsku. Na pytania pana z kontroli paszportowej odpowiadali uprzejmymi kiwnięciami głowy ;) – świetna strategia, przeszli bez problemu, a ja głupi musiałem się tłumaczyć: po co przyleciałem, na jak długo, pokazać że mam bilet powrotny, itp. itd. Masakra.

Po 10 godzinach lotu i 3 godzinach na lotnisku, zmęczony jak koń po wyścigu, wkroczyłem szczęśliwie na teren USA :)

W samolocie LOT-u

W samolocie LOT-u

Jet Lag

- czyli „zespół nagłej zmiany strefy czasowej”. W przypadku wyjazdu do USA musimy się przestawić o 7 godzin w stosunku do czasu polskiego, co można różnie znieść. Do tego dochodzi niewielka zmiana klimatu, nasz organizm w większym lub mniejszym stopniu musi to odczuć. Ponoć gorzej jest podróżować na wschód, przy podróży na zachód nasz dzień ulega nienaturalnemu wydłużeniu, w moim przypadku czułem się jak po nieprzespanej nocy na imprezie, dosyć szybko się przestawiłem. Ale każdy znosi to na swój sposób.

Chicago

O Chicago pewnie nie jedną książkę można napisać. Ja krótko opiszę swoje spostrzeżenia i wrażenia, co do atrakcji które można tam zwiedzić, można je znaleźć oczywiście w setkach przewodników.

Komunikacja i poruszanie się po Chicago

Najpierw krótkie wyjaśnienie jak funkcjonują adresy na podstawie układu ulic:

Chicago, jak chyba większość amerykańskich miast, ma bardzo uporządkowaną architekturę. Ulice miewają nazwy, ale operuje się głównie na numerach i kierunkach geograficznych, co sprawia że każdy adres jest tak naprawdę współrzędną geograficzną. Ulice przecinają się pod kątem prostym, przez co znając adres możemy go łatwo zlokalizować. Numery biegną od centrum miasta (0, 0) rosnąco w każdym z 4 kierunków. Każda ulica / aleja przebiega z północy na południe lub ze wschodu na zachód, a numery rosną w obydwu kierunkach. Mamy więc wersję North i wersję South każdej ulicy biegnącej z północy na południe, analogicznie mamy ulicę West i East dla ulic biegnących ze wschodu na zachód. Każdy adres składa się więc z kierunku, nazwy ulicy (która ma swój numeryczny odpowiednik) i numeru, który decyduje o oddaleniu od centrum, np. 500 N Harlem Ave – czyli aleja Harlem na północ, numer 500. Gdy jesteśmy na dowolnym skrzyżowaniu widzimy jakie numery mają budynki w kierunku południkowym i równoleżnikowym, co de facto daje nam rodzaj współrzędnych geograficznych.

Taki prosty system daje nam możliwość łatwego nawigowania po Chicago bez znajomości miasta. Wszędzie można w ten sposób trafić i trudno się zgubić, jeżeli tylko ogarnie się ten sposób lokalizacji.

Autobusy

Jak pisałem wyżej, układ ulic w Chicago jest prawie wyłącznie prostopadły. Autobusy jeżdżą tymi ulicami w obydwu kierunkach. Aby się więc gdzieś dostać bierzemy autobus, który przewozi nas „poziomo” oraz autobus, który jeździ „pionowo”, tak aby dostać się w odpowiednie miejsce. Przystanki są na każdym skrzyżowaniu, autobusy zatrzymują się jednak na żądanie: stając na przystanku wystawiamy rękę, będąc w autobusie ciągniemy za linkę pod sufitem.

w Chicago

w Chicago

Kolejka (właściwie metro)

W Chicago teoretycznie nie ma metra, jest kolejka, która jeździ pod ziemią, po ziemi i nad ziemią. Właściwie można by ją nazwać metrem. Starym, brzydkim, rozhuśtanym, hałaśliwym, brudnym metrem ;) Niestety porównując do europejskich stolic, nie jest ona zbyt komfortowa, jednakże spełnia swoją rolę. Jeździ często i w miarę szybko. Zasięgiem nie obejmuje jednak całego Chicago, wręcz przeciwnie, jest on dość ograniczony. Ja kolejką poruszałem się głównie po centrum (downtown), gdzie znajduje się większość ciekawych miejsc.

Samochód

Przepisy drogowe w USA różnią się w zależności od poszczególnych stanów i różnią się trochę od europejskich. Znaki drogowe są w większości tekstowe, co na początku sprawia trudności, bo zamiast rozpoznać coś wizualnie trzeba czytać. Inaczej funkcjonują też skrzyżowania ze znakiem „stop”. Częste są skrzyżowania z 4 znakami stop, gdzie zatrzymanie się jest obowiązkowe, a pierwszeństwo ma pojazd, który podjechał pierwszy. Trzeba też uważać na autobusy szkolne, które są szczególnie uprzywilejowane.

Wyjąwszy te kilka różnić po Chicago jeździ się podobnie do Polski. Jest to oczywiście duże miasto, gdzie na autostradzie miejskiej bywa po 6 pasów w jednym kierunku, a samochodów jest jak mrówek, więc tłok jest spory, tempo jazdy też duże więc trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jeździ się jednak nienajgorzej, uwzględniając wyżej wymieniony system nawigacji, faktycznie wszędzie łatwo trafić, mimo tego że miasto jest ogromne.

Samochód bywa kiepskim pomysłem na dojazd do downtown (to tam gdzie są wszystkie wieżowce), niestety ceny parkingów są tam bardzo wysokie.

Pieszo

Mimo, że miasto jest wielkie, samo centrum daje się zwiedzić pieszo, ulice z drapaczami chmur, fantastyczne parki, muzea, to wszystko mieści się w downtown, w zasięgu pieszego. W pozostałych częściach miasta pieszy wycieczkowicz może wzbudzić zainteresowanie, nawet np. policji, zwłaszcza o późniejszej porze. Kto to widział, żeby pieszo się po mieście poruszać? :)

Aha, warto pamiętać, że pieszy w Chicago nigdy nie ma pierwszeństwa. To nie Europa, jeżeli wejdziesz na drogę to kierowca tylko przyspieszy, bo możesz być potencjalnym napastnikiem. Warto uważać.

Chicago, w tle Downtown i Navy Pier

Chicago, w tle Downtown i Navy Pier

Zwiedzanie

Chicago ma sporo do zaoferowania jeżeli chodzi o zwiedzanie. Nie będę się rozpisywał nad opisem co i gdzie, tutaj odsyłam już do przewodników.

Wystarczy jednak wejść do pierwszego lepszego muzeum, żeby się zorientować, że jesteśmy w USA ;)Muzea urządzone są w „amerykański” sposób, nie wystarczy zwykła ekspozycja, przykładowo do części dotyczącej amerykańskiego niewolnictwa przechodzi się przez pomieszczenie ustylizowane na wnętrze okrętu transportującego niewolników, przy czym wszystko jest robione trochę jak dla dzieci, plastikowe, tandetne. Taki sposób urządzania muzeum można uznać za interesujący, dla mnie jednak było to nieco przesadzone.

Niestety wszędzie ceny są dosyć wysokie, wejściówki inaczej niż w polskich muzeach, to nie są kwoty symboliczne. Również inne atrakcje, np. wjazd na Willis Tower (dawniej Sears Tower – najwyższy budynek Ameryki Północnej), kosztował około $15. Niemniej warto, zwłaszcza polecam wyjazd tuż przed zachodem słońca, aby zobaczyć zarówno widok w dzień, jak również morze świateł w nocy.

Jeżeli tylko lubicie takie atrakcje, to Chicagowskie muzea koniecznie trzeba zwiedzić, przykładowo Art Institute of Chicago wbija w ziemię. Pozostałych atrakcji również nie brakuje, wystarczy rzucić okiem np. na Tripadvisor.

Nie wszędzie w Chicago jest bezpiecznie. Niestety USA to kraj, który boryka się z dużą skalą przestępczości, porównywalną do krajów trzeciego świata. Na miejscu słyszałem, że południowe dzielnice nie są zbyt przyjazne. I chociaż Kazik w swojej piosence śmiał się z tego jak to jest „na saucie w Chicago”, to i ja miałem raz nieciekawe doświadczenie chcąc się tam dostać. Na jednej ze stacji „metra” zszedłem na poziom, z którego jechała jedna z linii na południe, szybko okazało się, że spośród kilkudziesięciu czy też kilkuset osób na peronie jestem jedynym białym. Do tego zaczęły mi towarzyszyć z kilku stron niezbyt przyjazne spojrzenia. Nie znam miasta, wolałem nie ryzykować, zrezygnowałem z podróży w tamtym kierunku, choć może niepotrzebnie. Raz też zapuściliśmy się przypadkowo samochodem ze siostrą w niezbyt przyjemną dzielnicę, na filmie wygląda to zabawnie, ale nie polecam przejeżdżać, a już na pewno zatrzymywać się w takich miejscach :)

Początek słynnej Route 66, z Chicago do Californii

Początek słynnej Route 66, z Chicago do Californii

Amerykanie

Lecąc do USA miałem w głowie tylko obraz Amerykanów znany z hollywoodzkich produkcji, stereotypowy, niezbyt precyzyjny. Dosyć przyjemnie się zaskoczyłem. Amerykanie są bardzo otwarci i śmiali w kontaktach, nie bawią się w formalności. Mimo że Chicago zwiedzałem prawie cały czas sam, właściwie co chwilę z kimś rozmawiałem. Zatrzymałem się na chwilę na ulicy z aparatem żeby się rozglądnąć, to momentalnie dowiedziałem się od przechodnia, że właśnie stoję w miejscu gdzie zaczyna się sławna Route 66, warto zrobić tutaj fotkę i ogólnie skąd jestem itp. :) W muzeum podobnie, zatrzymuję się na chwilę i dowiaduję się od sympatycznego strażnika, że właśnie jestem tu i tu, a w pokoju obok jest fajny performance i jakiś artysta zrobił instalację z cukierków więc warto się przejść ;) Kierowca autobusu wtajemniczył mnie na przywitanie, że wieczorem kroi mu się fajna impreza, a co w ogóle ja porabiam?, a na peronie co chwilę odpowiadałem komuś na pytanie „jak się masz” itp. Takiej otwartości jak dotąd nie spotkałem nigdzie indziej.

Domyślam się, że Chicago jest dużym miastem, gdzie pewnie spotykają się różne kontrasty, w zależności od dzielnicy, grupy społecznej itp. możemy się pewnie natknąć na różnych ludzi i różne zachowania. Ale albo miałem po prostu szczęście, albo generalnie Amerykanie są bardzo uprzejmymi ludźmi. Gdy w jednym z muzeów mijała mnie grupka młodzieży w wieku mniej więcej gimnazjalnym, a każdy z nich mijając mnie powiedział do mnie coś w stylu, „dzień dobry proszę pana”, „jak się pan miewa proszę pana”, to prawie zatrzymałem się tam przytrzymując swoją szczękę aby za bardzo nie opadła :)

W Chicago jest też oczywiście mnóstwo Polaków, co widać zwłaszcza w polskich dzielnicach. Będąc tysiące kilometrów od Polski, wejście do sklepu, który wygląda prawie jak polska Biedronka albo inna Żabka, a wszyscy mówią głównie po polsku, robi dziwne wrażenie. Ma to swoją złą stronę, dowiedziałem się że mnóstwo naszych rodaków, po kilkudziesięciu latach pobytu w USA nie potrafi więcej niż parę słów po angielsku i nigdy nie było np. w downtown, gdyż nie wychylają nosa z polskiej dzielnicy. Ale nie o tematach emigracji będę tutaj pisał.

Amerykańska „kuchnia”

Chyba nigdzie nie czułem się tak zagubiony jeżeli chodzi o jedzenie, jak w Chicago. Nie dlatego, że trudno je znaleźć, wręcz przeciwnie! Fastfood jest tam koło fastfoodu, obok kolejnego fastfoodu. Tyle że trudno tam o jakieś normalne jedzenie. Nie dziwne, że sporo spośród Amerykanów wygląda jak wygląda, jeżeli podstawą diety i najłatwiej dostępnym jedzeniem są hamburgery, nuggety i inne śmieci. Na szczęście jest też polska kuchnia tam gdzie są Polacy, w miarę łatwo można też znaleźć chińszczyznę, a jak się lepiej poszuka to pewnie i wiele innego jedzenia. Ale np. w trasie między miastami można o tym zapomnieć. Praktycznie tylko McDonald’s, Burger King i milion innych fastfoodów.

Ponoć w Stanach na każdym skrzyżowaniu znaleźć można bank i restaurację (wg mnie McDonald’s i restauracja to dwie różne rzeczy, no ale…). Nowością dla mnie były też banki drive-thru, gdzie do „okienka” podjeżdża się samochodem. Niestety Amerykanie praktykują bardzo wygodny tryb życia, za co często pokutują zdrowiem.

Ale żeby nie być totalnym malkontentem to polecę jeden z fastfoodów, który przypadł mi do gustu, Popeyes jest czymś podobnym do KFC. Chicago słynie też ze swoich słynnych hot-dogów z musztardą i papryczką Jalapeño (czytaj „halapenio”), można je znaleźć w wielu budkach i „straganach” na kółkach, które znamy z amerykańskich filmów.

Chicago, widok z Willis Tower w nocy

Chicago, widok z Willis Tower w nocy

Ceny

Ceny w Chicago pozytywnie mnie zaskoczyły. Generalnie w sklepach cenowo było tak jak w Polsce lub nawet taniej. Oczywiście w niektórych miejscach zdzierano na turystach, ale tak jest na całym świecie. Natomiast idąc do sklepu spożywczego nie wydaje się zbyt wiele pieniędzy. Tanio dostępne są również rozmaite owoce, które w Polsce kosztują krocie lub ich po prostu nie ma. Również owoce morza nie są szczególnie drogie.

Sklepów w Chicago jest mnóstwo, jakoś rzuca się to w oczy. Są to oczywiście zwykle sklepy wielkopowierzchniowe, idąc więc po piwo trafiamy do sklepu z alkoholem, wielkości przeciętnego supermarketu w Polsce. Nie kupujemy na sztuki bo albo się nie da, albo jest za drogo. Wszystko jest w większości w opakowaniach zbiorczych. Zamiast puszki piwa kupujemy więc XX-pak, albo jedziemy do mniejszego sklepu, gdzie kupuje się na sztuki, ale gdzie jest sporo drożej.

Chicago nocą

Chicago nocą

Wypad samochodem do Niagara Falls

Skoro byłem już w Chicago, postanowiliśmy się wybrać do Niagara Falls, czyli sławnego Wodospoadu Niagara, leżącego na granicy USA i Kanady. Ta „krótka” wycieczka to 900 km w jedną stronę jeżeli chce się ominąć terytorium Kanady. Z Illinois, poprzez Indianę, Ohio i Pennsylvanię jechaliśmy do stanu Nowy Jork.

Przez USA jedzie się przyjemnie, chociaż dosyć monotonnie. Autostrada poza aglomeracjami miejskimi to cienka nitka z pojedynczym pasem w każdą stronę. Poza miastami jest niewiele zabudowań, za to można zobaczyć pola kukurydzy. Oprócz pól kukurydzy, przy drodze rośnie kukurydza, jest też sporo kukurydzy. Mówiłem już, że w Stanach uprawia się sporo kukurydzy?

Żeby urozmaicić sobie podróż staraliśmy się znaleźć jakieś ciekawe miejsca po drodze do Niagara Falls, niestety dosyć nieskutecznie. Gdzieś w internecie znaleźliśmy w pobliżu trasy przejazdu… muzeum maszyn rolniczych. Taaaak, świetny dodatek do kukurydzy.

Tak jak pisałem wcześniej, dla mnie na tak długiej trasie i na miejscu dokuczliwy był brak możliwości zakupienia zdrowego jedzenia, czyli czegoś innego niż hamburgerów itp.

Wodospad Niagara

Do Niagara Falls dotarliśmy wczesnym porankiem, jeszcze przed godziną 8:00 rano. Super! Nie było jeszcze tłumów ludzi, co szybko doceniliśmy. Praktycznie nikogo nie było! Jeżeli komuś nie przeszkadza ranne wstawanie to polecam. Niagara Falls jest niewielkim miasteczkiem, leżącym na terytorium USA i Kanady. Jeżeli ma się taką możliwość, do Kanady można przejść pieszo mostem.

Sam wodospad robi niezłe wrażenie, ale jak to bywa z mocno reklamowanymi miejscami, oczekiwania zwykle przerastają rzeczywistość. Warto wspomnieć, że największy nie znaczy najwyższy. W miarę niedrogo można zjechać windą, aby znaleźć się pod wodospadem, a jeżeli ktoś nie boi się zmoknąć, można też podpłynąć pod wodospad niewielkim statkiem. Niestety Niagara Falls nie wykorzystuje wg mnie potencjału turystycznego, poza wodospadem nie ma tam zbyt wielu atrakcji. Oczywiście jest mnóstwo fast foodów i tandetnych pamiątek do kupienia.

Niemniej jest to piękne miejsce, które warto zobaczyć, chociaż w naszym przypadku jazda prawie tysiąc kilometrów w jedną stronę była nie do końca warta świeczki.

Niagara Falls

Niagara Falls

USA

Jadąc do Stanów spodziewałem się, że jest to kraj znacznie bardziej podobny do Europy, ale różnice są większe niż by się wydawało. Mentalność Amerykanów różni się od europejskiej, inne są tam po prostu zasady, wszystko działa trochę inaczej.

USA to kraj gdzie jest sporo tandety, kraj z krótką historią, pozbawiony zabytków, którego atrakcje turystyczne to często repliki i atrapy. Jest to też kraj gdzie wszystko jest ogromne i wszystko jest w dużych ilościach. Dużo jest sklepów i są duże. Duże są hamburgery i duzi są Amerykanie, którzy je jedzą. Wielka jest za to otwartość mieszkających tam ludzi, a wszystko jest jakieś takie łatwe i proste. Tak jakby ludzie nie rzucali sobie wzajemnie kłód pod nogi.

Miło było zwiedzić Chicago i kawałek Stanów, ale warto pamiętać, że to ogromny i zróżnicowany kraj, oferujący bardzo wiele do zobaczenia. Od wielkich miast do niesamowitych parków narodowych. Postaram się umieścić na blogu jeszcze kolejne relacje z tego niesamowitego kraju.

Chicago, Millenium Park

Chicago, Millenium Park


6 odpowiedzi do artykułu “Chicago, USA – krótki opis wrażeń i garść informacji praktycznych

  1. Elżbieta Przybył Autor

    Witam.
    Chciałabym podziekowac za bardzo cenne informacje :)
    Mam w planach wybrać sie do USA w przyszłym roku .
    Czyli Chicago i Nowy Jork :)
    Więc Pana porady i cenne dla mnie informacje :) myślę że bardzo dużo mi w tych trudach i zmaganaiach pomogą :)
    Ciepło pozdrawiam . Ela :)

  2. Maciej Autor

    Witam.
    Fajnie, że są osoby które opisują takie rzeczy. Ciekawe i przydatne.
    Mam zamiar się wybrać do Chicago bądź Nowego Jorku pod koniec czerwca.Szukam chętnych bo jak na razie to jestem sam. Wize posiadam.
    Pozdrawiam

  3. Kinga Autor

    Super opis… chętnie poczytam więcej. Masz świetny styl pisania, czytając czuję się jakbym sama zwiedzała. Marzę o tym, aby w przyszłym roku pojechać do Nowego Jorku i Los Angeles :) :D
    Pozdrawiam

  4. kuba Autor

    Bardzo fajny artykul (w zyciu skomentowalem moze 5 artykulow i pisze tylko tam gdzie naprawde cos mnie zmusi ;) )
    Piszesz niesamowicie lekko i przyjemnie ze az chce sie czytac.
    poza tym jutro lece do Chicago i znalazlem kilka informacji. Dzieki ze Ci sie chcialo
    pozdro

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>