Podróż przez Tajlandię – cz.2: Północna Tajlandia

Bangkok -> Chiang Mai -> Lampang -> Sukhothai -> Ayutthaya -> Nakhon Ratchasima (Korat) -> Bangkok

Po zwiedzaniu Bangkoku przyszedł czas na dalszą podróż. Zdecydowaliśmy się lecieć na północ kraju, a następnie różnymi środkami lokomocji wracać do Bangkoku. Zaczęliśmy od Chiang Mai. Po Tajlandii (i generalnie po Azji) można tanio podróżować m.in. liniami Air Asia. Uznaliśmy, że najbardziej praktycznie będzie dostać się samolotem jak najdalej od Bangkoku, a potem wracając zwiedzać co się da po drodze. Bangkok jest mniej więcej w centrum Tajlandii, więc najpierw zdecydowaliśmy się lecieć na północ, a następnie na południe. Zaczęliśmy więc od lotu do Chiang Mai.

Nocny Bazar w Chiang Mai

Nocny Bazar w Chiang Mai

Chiang Mai

Niestety lecąc do Tajlandii idealnie dobraliśmy czas, aby ominąć wszystkie festiwale i święta. A szkoda. Aby sobie to nieco zrekompensować postanowiliśmy m.in. udać się na nocny bazar w Chiang Mai, z tego co wiem, jeden z największych w Tajlandii.

Nocny Bazar w Chiang Mai

Nocny Bazar w Chiang Mai

Nocny Bazar faktycznie miał rozmach, sama część „gastronomiczna” była chyba wielkości małego boiska. Nie wiem czy to dobrze, że najlepszy bazar zobaczyliśmy na początku, bo każdy następny nieco już przy tym bladł. Było oczywiście bardzo tłoczno, jakieś 90% tłumu stanowili Tajlandczycy. Kupić można było wszystko, jedzenie w każdej postaci, owoce, soki, ozdoby, biżuterię, ubrania, pamiątki, sporo podróbek znanych firm. Ponadto można było spróbować bardzo tanio masażu tajskiego, bezpośrednio na ulicy. Bazar jest bardzo gwarny, co i rusz ktoś gra lub śpiewa (a to jakiś młodociany zespół, a to ktoś niewidomy lub niepełnosprawny). Ceny były również bardzo zachęcające, dużo niższe niż w Bangkoku i kilku innych turystycznych miejscach. Na bazarze skosztowałem m.in. grillowanej kałamarnicy, chociaż polecać jej chyba nie będę ;)

Grillowana kałamarnica z ostrym sosem - prosto ze straganu

Grillowana kałamarnica z ostrym sosem – prosto ze straganu

Osobiście gorąco polecam jedzenie z ulicy w Tajlandii, które jest nie tylko bardzo tanie, ale też smaczne i zróżnicowane. Uprzedzam jednak, że warunki sanitarne i higieniczne „odbiegają nieco” od tych europejskich. Generalnie wiele miejsc w których jedliśmy, można by określić jako nocny koszmar pracownika sanepidu. Mimo to nie zdarzyło się nam mieć z tego powodu kłopotów zdrowotnych. Chyba warto na czas pobytu w Tajlandii nieco przymknąć oko na kwestie sanitarne, aby nie stracić okazji do nowych doświadczeń :)

Dziewczynki w tradycyjnych strojach przed schodami do świątyni

Dziewczynki w tradycyjnych strojach przed schodami do świątyni

W Chiang Mai zwiedziliśmy też leżącą na wzgórzu za miastem świątynię Wat Phrathat Doi Suthep, ze świetnym widokiem na otaczającą okolicę. Dostać się na miejsce można taksówką, taksówkarze kasują wyłącznie za kurs w dwie strony. Jadąc na miejsce umawiamy się na godzinę, o której taksówkarz zabierze nas z powrotem. Taksówkarz był punktualny, a płaciliśmy dopiero po powrocie na miejsce. Do świątyni prowadzą malownicze, strome schody. Świątynia oprócz bycia atrakcją turystyczną jest też popularnym miejscem kultu, spotkamy więc tu też licznie wyznawców buddyzmu. 

Schody do świątyni Wat Phrathat Doi Suthep

Schody do świątyni Wat Phrathat Doi Suthep

Chiang Mai jest popularnym miejscem wypadowym dla organizowanych wycieczek. Są to zwykle 1 – 2 dniowe wypady niewielką grupą z przewodnikiem, różniące się programem. Zwykle w grę wchodzi: trekking po lesie deszczowym, rafting (spływ pontonowy rzeką), spływy tratwami bambusowymi, zabawa ze słoniami (jazda, pływanie, mycie, karmienie), tygrysami, czy małpami, wycieczki w ciekawe miejsca: wodospady, świątynie, „farmy motyli”, ogrody. Jest to takie połączenie kiczu i przygody, miejsc ciekawych z pułapkami na turystów, czy atrakcjami kontrowersyjnymi, jak wspomniana zabawa z tygrysami, czy oglądanie małp jeżdżących na rowerze.

Trekking w lesie deszczowym

Trekking w lesie deszczowym

Mimo kontrowersji postanowiliśmy skorzystać z jednej z ofert, weszliśmy do pierwszego lepszego „biura podróży”, jakich pełno w większych miastach, do której należy Chiang Mai. Całodniowa wycieczka w grupie 8 osób, która objęła dojazd z/pod hotel, przejażdżkę na słoniach, rafting, trekking po lesie deszczowym do wodospadu, wycieczkę do ogrodu gdzie można było też oglądać motyle, zawierająca posiłek i wodę w cenie, to koszt 1000 baht. Zapomnieliśmy się targować bo pewnie byłoby taniej.

Trekking w lesie deszczowym

Trekking w lesie deszczowym

W Tajlandii można i wręcz należy się targować. I nie mowa tu tylko o bazarach, targować się można o usługi, w sklepach, z taksówkarzami, cenę często w ten sposób zredukujemy nawet o połowę. Nie targując się niestety jest się przepłacającym turystą – frajerem ;)

Las deszczowy

Las deszczowy

Jazdy na słoniach nie byliśmy pewni i już po fakcie uznaliśmy, że nie jest to dla nas. Szkoda było słoni, które spędzają cały dzień na wożeniu turystów, chociaż w naszej ocenie były traktowane dobrze. Cała reszta była natomiast bardzo ciekawa. Chętnie bym zamienił trekking na jakiś dłuższy, przechadzka po gęstym lesie deszczowym była bardzo ciekawa, niestety nie mieliśmy butów odpowiednich na dłuższy wypad. Sam las podobał mi się bardzo, takiego nagromadzenia zieleni jeszcze nie widziałem, cała roślinność była bardzo ciekawa, a miejsce tętniło życiem. Przewodnik pokazał nam też jak szukać jadalnych robaków w pędach bambusa ;)

Chaty w lesie

Chaty w lesie

Zwieńczeniem trekkingu był piękny wodospad, pod którym można się było kąpać, a woda mimo że ze strumienia, nadal była cieplejsza niż w Bałtyku w najgorętsze lato. Bardzo podobał mi się też rafting na rzece Mae Taeng, z którego wszyscy wróciliśmy oczywiście zupełnie mokrzy. Generalnie wycieczka była bardzo udana, dało się nawet przeżyć to, że trzeba było chodzić za przewodnikiem, a miejsc tych sami byśmy raczej nie znaleźli.

Nie ma to jak prysznic z siłą wodospadu

Nie ma to jak prysznic z siłą wodospadu

Lampang

Po Chiang Mai przyszła pora na Lampang, do którego dotarliśmy autobusem. Lampang spodobał mi się ze względu na totalny brak turystów. Było to pierwsze małe miasto, do którego dotarliśmy po ogromnym Bangkoku i nie małym Chiang Mai. Było znacznie spokojniejsze i prowincjonalne. Jego symbolem, który spotykaliśmy na każdym kroku był biały kogut. Mieliśmy tutaj ogromne trudności z dogadywaniem się po angielsku, ale od czego jest intergalaktyczny język migowy ;)

Ulica w Lampang

Ulica w Lampang

W Lampang głownie gubiliśmy się w sennych uliczkach i bulwarach biegnących wzdłuż rzeki, zaczepiając czasem o maleńkie kawiarnie. Jak wszędzie, tutaj też było sporo straganów, na których kupiłem m.in. salak, który bardzo mi posmakował.

Lampang - stacja benzynowa

Lampang – stacja benzynowa

Mieliśmy tutaj pokój u sympatycznego Tajlandczyka, który wyjaśnił nam, że w Tajlandii warto pamiętać o tym, że na wszystko będzie czas, ale najpierw czas na „sabaj, sabaj”, czyli mniej więcej relaks, relaks :) Mieliśmy tam też jaszczurki chodzące po suficie, na szczęście to one bały się nas.

Sufitowe jaszczurki, gatunek nieznany ;)

Sufitowe jaszczurki, gatunek nieznany ;)

Poza miejscami popularnymi wśród turystów, znajomość języka angielskiego wśród Tajlandczyków jest bliska zeru. W wielu miejscach jedzenie z menu musieliśmy zamawiać losowo, a zdarzało mi się też otwierać zamrażarkę w kuchni i pokazywać palcem, że chcę zamówić ten ryż z tym kurczakiem, mając przy tym nadzieję że będzie „not spicy”. Mimo bariery językowej, a może ze względu na nią, zwiedzanie miejsc, gdzie nie ma turystów, było najciekawsze.

Sukhothai

Kolejnym miastem, do którego dotarliśmy było Sukhothai, pierwsza historyczna stolica Tajlandii. Obecnie można tam zwiedzać ruiny dawnej stolicy królestwa. I my postanowiliśmy je zwiedzić, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić, ponieważ okazało się, że są one kilkanaście kilometrów od centrum miasta. Do wyboru mieliśmy więc kosztowny przejazd taksówką, niedrogie wypożyczenie rowerów lub wypożyczenie skutera. W Tajlandii aby poruszać się skuterem, należy mieć międzynarodowe prawo jazdy, którego żadne z nas nie posiadało. Do tego dochodzi lewostronny ruch drogowy.

Sukhothai Historical Park

Sukhothai Historical Park

Wiedzieliśmy jednak z internetów, że tajska policja nie zawsze mocno respektuje wymóg posiadania prawa jazdy międzynarodowego, więc postanowiliśmy zaryzykować. Koszt wypożyczenia skutera wyniósł ok. 20 zł, jako depozyt zostawiłem dowód osobisty. Ponieważ było to moje pierwsze spotkanie ze skuterem, najpierw zrobiłem małą próbę na parkingu, a potem już ruszyliśmy w kierunku ruin, oczywiście gubiąc się niemal od razu :) Ruch lewostronny dostarczał emocji, ale jechałem ostrożnie i zapobiegawczo, okazało się, że nie było tak strasznie trudno jak się wydawało. Dotarliśmy bez dalszych problemów.

Sukhothai Historical Park

Sukhothai Historical Park

Ruiny dawnego Sukhothai (Sukhothai Historical Park) są zadbane i rozległe, dłuższą chwilę zajmuje ich zwiedzenie, ale skuter nam to ułatwił. Nie spotkaliśmy tam wielu turystów, więc mogliśmy spokojnie się przechadzać.

Sukhothai Historical Park

Sukhothai Historical Park

Ayutthaya

Kolejnym punktem na naszej mapie była następna była stolica Tajlandii – Ayutthaya. Niegdyś ogromne misto, dzisiaj po potężnym imperium zostały ruiny, podobnie jak w przypadku Sukhothai. Praktycznie nie spotykaliśmy tutaj turystów, mimo że jest to podobno popularny kierunek zwiedzania. Ruiny pałaców i świątyń stanowią spory fragment miasta, razem z jeziorkami, mostkami, alejkami, jest to spory kompleks, którego zwiedzanie zajmuje kilka godzin.

Ayutthaya - głowa Buddy

Ayutthaya – głowa Buddy

Sama Ayutthaya jako miasto zrobiła na nas raczej słabe wrażenie, miejsca zaniedbanego i pełnego bezpańskich psów. W Ayutthayi odważyłem się zjeść pikantną zupę, nie spodziewając się kłopotów ponieważ lubię ostre jedzenie. Niestety mój żołądek odmówił mi po jej zjedzeniu współpracy, więc noc i jeszcze kolejny ranek miałem ciężki. Na szczęście przeszło mi zanim dojechaliśmy do kolejnego miejsca.

Ruiny w Ayutthaya

Ruiny w Ayutthaya

Tym razem w podróż do Nakhon Ratchasima, zwanego krócej Khoratem, wybraliśmy się pociągiem. Podobno turystom nie zawsze chcą sprzedać w kasie bilet 3 klasy, ale nam udało się bez problemu. Warto było, podróż sama w sobie była ciekawym doświadczeniem ;)

Na dworcu byliśmy też świadkiem scenki, jaką kilkukrotnie widzieliśmy w Tajlandii. W miejscach publicznych o godzinie 8 rano rozlega się z głośników hymn narodowy, a wszyscy zatrzymują się, ci którzy siedzieli wstają z miejsc. Stoją tak przez około minutę, podczas gdy hymn jest odtwarzany, następnie gdy hymn się kończy, wszystko wraca do normy :)

Dworzec kolejowy w Ayutthaya

Dworzec kolejowy w Ayutthaya

Podróżowanie po Tajlandii jest komfortowe i przystępne cenowo. Poza siatką tanich połączeń samolotowych (Air Asia, Nok Air), między miastami funkcjonuje doskonała komunikacja autobusowa, można też korzystać z pociągów różnej klasy (1 – 3). Autobusy na dłuższych trasach są klimatyzowane i wygodne, w trakcie jazdy rozdawany jest poczęstunek i woda. Fotele ustawione są daleko od siebie, można więc wyciągnąć nogi. Często w cenie biletu jest posiłek w odpowiednio przystosowanym do tego punkcie na trasie. Pociągi są zwykle wolniejsze, w przypadku 1 i 2 klasy klimatyzowane. 3 klasa jest najtańsza i najmniej komfortowa. Wiele miejsc jest też dostępnych promem (ferry lub speedboat), jest to jednak zwykle droższa opcja.

Nakhon Ratchasima czyli Khorat

Do Khoratu wybraliśmy się pociągiem w 3 klasie. Nie było tak źle jak w Indiach, np. nie było dużego tłoku, chociaż wiele miejsc wolnych również nie pozostawało. Wnętrze pociągu niczym się nie różniło od standardowego polskiego pociągu bez przedziałów, z siedzeniami z dermy. No może poza wentylatorami pod sufitem.

Podróż pociągiem w wagonie 3 klasy

Podróż pociągiem w wagonie 3 klasy

W pociągu oczywiście było gwarno. I to nie tylko dlatego, że było sporo pasażerów. Zaraz po rozpoczęciu podróży do wagonu zaczęli wchodzić rozmaici sprzedawcy jedzenia, wykrzykując głośno co mają do sprzedania. A było ich wielu, sprzedających pieczone mięso, owoce, słodycze, makaron i znowu mięso. Właściwie zawsze był przynajmniej jeden krzyczący sprzedawca, a maksymalnie naliczyłem ich trzech na raz ;) Było też dużo zapachów, pieczonego jedzenia, tego co wieźli pasażerowie, a ktoś bez wątpienia wiózł „aromatyczne” owoce durianu.

Koszyki sprzedawców pociągowych

Koszyki sprzedawców pociągowych

Sam Khorat miał być dla nas punktem wypadowym m.in. do Parku Narodowego Khao Yai, do którego ostatecznie właściwie jednak nie dotarliśmy. Zwiedzaliśmy je jednak swobodnie się przechadzając bez sprecyzowanego celu.

W Khoracie

W Khoracie

Będąc na północy rozważaliśmy też odwiedzenie pobliskich Mjanma (Birmy) oraz Kambodży. Po podliczeniu zysków i strat odłożyliśmy jednak Kambodżę na osobną podróż, a z Birmy zrezygnowaliśmy.

Uwaga na słonie - nieopodal Parku Narodowego Khao Yai

Uwaga na słonie – nieopodal Parku Narodowego Khao Yai

Z Khoratu skierowaliśmy się ponownie autobusem w stronę Bangkoku, tym razem prosto na lotnisko Don Mueang, skąd mieliśmy lot, tym razem na południe Tajlandii. A o zwiedzaniu południa w kolejnym wpisie.


Odpowiedź do artykułu “Podróż przez Tajlandię – cz.2: Północna Tajlandia

  1. Linka

    A już się martwiłam, że Twoja relacja z Tajlandii ograniczy się tylko do jedzenia.. (choć sama również lubię „podróże smakowe”). Niesamowite miejsca zwiedziłeś – najbardziej podobała mi się wyprawa do lasu deszczowego (już za dwa miesiące planuję wyprawę do lasu wawrzynowego i nie mogę się doczekać – więc może dlatego, taka moja reakcja). Pozdrawiam i czekam na dalsze (obiecane) relacje i niesamowite zdjęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>